czwartek, 3 lutego 2011

ktoś się kończy, ktoś się zaczyna...



 Pierwszy krzyk synchronizuje się z ostatnim, który bezgłośnie więdnie w oplecionym rurkami gardle. Kiedyś było łatwiej, kiedyś to “coś” po prostu z nas ulatywało, gdy przychodził czas. To “coś”, ta siła, kosmiczny podmuch, który pobudzał do działania wszystkie mechanizmy, tryby, trybiki, zębatki i zapadki ciała. Teraz to “coś” zwane również życiem można sztucznie podsycać, pobudzać, można opleśc umęczone ciało rurkami, kablami, przewodami, można nasączać je życiodajnymi specyfikami, można zrobić wszystko, żeby nie czuć się bezradnym, żeby uczynione było wszystko, co być musiało...
Tylko co jeśli leczenie staje się dręczeniem, co jeśli utrzymywanie przy życiu zabija chęć utrzymania się przy nim?
Wieczny odpoczynek racz dać Jej panie...
...a Jemu temu małemu, nowo narodzonemu tego “czegoś” jak najwięcej!

1 komentarz:

  1. może ta energia urośnie polem kwiatów w prowansji, lub mleczem za familokiem w sosnowcu, trzymajmy się

    OdpowiedzUsuń